„O smaku szklanek i odwadze bycia inną.”
W świecie „małych czarnych” wybieram tęczową sukienkę. Pamiętasz lata 90., kiedy szczytem marzeń był kolorowy ołówek? Ja wtedy budowałam swój świat z mchu, liści i masy solnej. Dziś opowiadam o tym, jak te skromne początki nauczyły mnie autentyczności, której nie da się kupić. To wpis o szukaniu pasji, o 15 latach zawodowych rewolucji i o tym, dlaczego warto dać się czemuś „zaprzątnąć do cna”.
Jako mała dziewczynka byłam bardzo kreatywna. Przebierałam się w ubrania mamy, po filmie o Zorro robiłam sobie pelerynę z jej podomki, a szpadą był szpikulec do drutów. Kiedyś, zafascynowana eksplorowaniem rzeczywistości, zastanawiałam się nawet, jak smakuje szklanka… i po prostu ją ugryzłam. Moja mama musiała być przerażona.
Moje pomysły były mocno powściągane przez lata 90. Nie było wtedy Pepco, Action czy Allegro z dostępem do tych wszystkich materiałów, które mamy dziś. Posiadanie ołówków innych niż HB było szczytem marzeń. Tworzyłam więc ze skrawków: ubranka dla lalek ze starych skarpet, figurki z masy solnej dla babci, które dumnie stawiała na półkach, rzeźby w śniegu czy potrawy z mchu i błota na starej patelni. Kreowałam moje surrealistyczne dzieciństwo najkolorowiej jak potrafiłam.
Na balu w podstawówce miałam najbardziej tęczową kreację na sali. Przyćmiło ją jednak moje zawstydzenie – wszystkie dziewczyny ubrane były w „małe czarne” i obcasy, a ja w ergonomicznych, skórzanych sandałach. Czułam zażenowanie. Dziś czuję dumę z tamtej małej dziewczynki, która miała odwagę myśleć nieszablonowo. Dziś wytłumaczyłabym jej, jaką siłę ma w sobie, żyjąc autentycznie.
Ta radość z odkrywania nowego została ze mną do dziś. Choć w głębi duszy cenię spokój, to w działaniu potrzebuję ciągłego ruchu. Moje życie jest niczym kalejdoskop. Szukanie stabilnej pracy zajęło mi 15 lat, w trakcie których zmieniałam ją 10 razy. Pracowałam na budowie, w biurze, w urzędzie, u prywaciarzy, w sklepie z zabawkami przy Allegro. Projektowałam domy, meble, grafiki i strony WWW.
Każda z tych aktywności dała mi ogrom umiejętności i pewność, że potrafię zawalczyć o swoje. Zrozumiałam, że choć potrzebuję stabilności w fundamentach – w rodzinie, zdrowiu i relacjach – to w twórczości mam prawo do wiecznych poszukiwań. Zmieniam techniki artystyczne i ćwiczenia rozwojowe, wierząc, że w końcu trafię na tę, która zaprzątnie mnie do cna. A jeśli za chwilę znajdę nową? Trudno. Życie to ciągła zmiana, a jego doświadczanie jest nadrzędną wartością.
Dziś już nie gryzę szklanek, by sprawdzić ich smak. Ale nadal z tą samą zachłannością wgryzam się w każdy nowy projekt – czy to projekt warsztatu, czy nowy obraz. Bo w świecie „małych czarnych” i bezpiecznych wyborów, ja wybieram swoją tęczową sukienkę, skórzane sandały i odwagę, by tworzyć po swojemu.